''Magdalena ma siedemnaście lat. Pasjonuje się tańcem, rysunkiem i muzyką (choć nie znosi śpiewać). Lubi bawić się wnętrzami i modą. Tak, to ona - ciemnowłosa niebieskooka.''
M.

sobota, 9 marca 2013

19 lipca

Zaspana, z kubkiem zbożówki w ręku, wyszłam w kapciach przed drzwi, by zabrać z wycieraczki prasę. Wróciwszy do kuchni, rzuciłam gazetę w kąt i zabrałam się za robienie śniadania. Od mniej więcej sześciu lat dzień w dzień o siódmej rano jem bułki maślane z truskawkowym bądź też jagodowym dżemem. To moje prywatne, nieco dziwne, przyzwyczajenie.
Usiadłam do stołu i upijając kolejny łyk zbożówki, przewinęłam stronę gazety. Znalazłam ciekawy felieton Manueli Gretkowskiej. Kończąc moją lekturę, skierowałam rękę w stronę talerza, jednak nie wyczułam tam ani jednego okruszka czegokolwiek, westchnęłam więc ze smutkiem i już miałam wstawać z krzesła. Zobaczyłam jednak, iż między ostatnią a przedostatnią kartkę gazety wsunięty jest skrawek papieru w kratę. Wyjęłam go i przeczytałam:
Dwa dni temu Ci się udało, zobaczymy, jak będzie dalej, MADZIU. Wiesz, gdyby nie to, że mi się podobasz, to może bym sobie odpuścił.
Pamiętaj, że wiem, gdzie mieszkasz. Nie mów o tym policji, bo będzie źle... Wiem też, gdzie mieszka Twój DOBRY znajomy. Miłego dnia, X
Wiadomość była zlepkiem liter wyciętych z gazet. Jednak nie to przykuwało aktualnie moją uwagę, lecz sama treść. Nie wiedziałam, co mam robić. Podbiegłam do wszystkich okien i opuściłam żaluzje, drzwi zamknęłam na klucz.
Zabrałam kartkę i uciekłam do sypialni, zatrzasnęłam drzwi tak, jakbym bała się, że ten psychopata może kryć się gdzieś za firanką. Po raz kolejny zadzwoniłam do Igora. W porządku jest, kiedy mężczyzna zamienia się w księcia z bajki i ratuje Cię z opresji, lecz... bez przesady, nie codziennie!
Około dziesięć minut później przyszedł Igor. Kiedy wszystko mu wyjaśniłam, zauważyłam w jego oczach strach. Choć, jak każdy mężczyzna, zgrywał przede mną chojraka, to czułam, że martwi się zarówno o mnie, jak i o siebie. Po dłuższej chwili milczenia rozpoczął:
- Okej, co wiemy?
- Myślę, że ten ktoś to mężczyzna, po co miałby kłamać? A poza tym napisał, że... Ugh... Podobam mu się...
- Palant... Więc to ten mężczyzna, który zaatakował Cię dwa dni temu?
- No tak, zapewne...
- Pamiętasz coś, na przykład jak wyglądał, ubranie, blizny, włosy?
- No co Ty, cały był ubrany na czarno, na rękach miał rękawiczki, a na głowie czarną pończochę... Jak bandzior...
- Hm... Musisz to zgłosić na policję, nie mamy wyjścia...
- No co Ty, martwię się o Ciebie, sam wiesz, co napisał (lub raczej wykleił) na kartce...
- A ja się martwię o Ciebie! Mi nic nie będzie, ćwiczyłem kiedyś karate, coś chyba jeszcze pamiętam.
- O nie! Ty i karate?! - mimo tej poważnej sytuacji zaczęłam się śmiać, a jednocześnie byłam pełna szacunku dla Igiego. - Naucz mnie czegoś!
- Madziu, ja naprawdę się martwię... To jest jakiś psychopata!
Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, na moim łóżku. Ujął moje dłonie w swoje ręce i mocno ścisnął. Zmarszczył brwi i spojrzał poważnie. Spotkanie Ciebie to jedna z najlepszych rzeczy, jaka mi się ostatnio przydarzyła - usłyszałam. Nie powiedziałam nic, lecz tylko przysunęłam się do niego i ułożyłam głowę na jego kolanach.
- Poczekajmy jeszcze kilka dni z wzywaniem policji. - powiedziałam cicho.
- Ech, ale wiedz, że jestem temu przeciwny...
- Ale pamiętasz, obiecałam rodzicom, że będę tutaj, w Gdyni, rozważna. Nie mogę im sprawić kłopotu...
Poprosiłam, byśmy resztę dnia spędzili tu, w moim domu. Igor robił wszystko, bym tylko zapomniała o napadzie, o kartce. Nawet mu się to udawało. Nie sądziłam, iż tak świetnie można bawić się, trenując karate. Kiedy już zrozumiałam podstawy, przeszliśmy do tak zwanego geri czyli kopnięć z kursu kihon. Choć patrząc na Igiego wydawało się to nieco trudne, to gdy sama spróbowałam wykonać ten krok, poszło mi całkiem nieźle. W nauce karate bardzo ważne jest powtarzanie. Kiedy wykonujesz jeden ruch kilkadziesiąt razy, to twój mózg go zapamiętuje, zaś mięśnie prawidłowo układają się. Tak więc staliśmy oboje na środku salonu. Ja co chwilę atakowałam chłopaka, on zaś skutecznie się bronił, lecz w pewnym momencie okazałam się lepsza. Zwaliłam Igora z nóg - dosłownie! Padł na podłogę, ja zaś przestraszona złapałam go za rękę i zaczęłam krzyczeć:
- Hej, wszystko w porządku, przepraszam Cię... - zero reakcji.
- Ej, słyszysz mnie? - nic nie odpowiedział.
- Igor, noo!
- W porządku wszystko, w porządku.
Mężczyzna zaczął się śmiać, ja razem z nim, runęłam na podłogę. To teraz Ci się odwdzięczę - krzyknął i zaczął mnie łaskotać. Ja śmiałam się i błagałam go jednocześnie, by przestał - bez skutku. Po kilku minutach oboje padliśmy na podłogę zmęczeni do cna.
- Nie... Mam... Siły... - mówiłam, głęboko oddychając. - Brzuch... mnie... boli...
- Ach, daj spokój, to tylko łaskotki.
W pewnym momencie podniosłam się, podkuliłam nogi i zaczęłam obserwować Igora. Leżał z zamkniętymi oczyma i głęboko oddychał, czoło miał lekko zroszone potem. W pewnym momencie otworzył jedną powiekę i powiedział:
- Co Ty robisz?
- A nic, nic. Tak sobie patrzę...
- Na co patrzysz?
- A na Ciebie. - uśmiechnęłam się delikatnie.
- To patrz sobie, patrz... - zamknął ponownie oczy, oboje byliśmy niezwykle zmęczeni.
Wahałam się chwilę, co zrobić. Oparłam głowę na klatce piersiowej mężczyzny, czułam jego głęboki oddech: góra, dół, góra, dół. Głowę miałam zwróconą ku niemu, otworzył oczy, uśmiechnął się i pogładził mnie po policzku. Ja w tym czasie uważnie go obserwowałam. Na jego twarzy pojawił się delikatny zarost, och, jak pięknie wyglądał tenże zarost! Poza tym Igor miał mocno zarysowane i grube, ciemne brwi. Jego delikatne opalone bicepsy były lekko napięte. Nachyliłam się nad jego głową i szepnęłam do ucha:
- Wstawaj śpiochu!
- Już, już. Wyobraź sobie, pewna pani była tak miła, że uderzyła mnie w łydkę. I to nieźle!
- Och, cóż za nieszczęście. Mnie jakiś pan prawie załaskotał na śmierć.
- Ach, jak on mógł?!
- Dokładnie, i jak ona mogła...
Była godzina siedemnasta. Oboje wstaliśmy leniwie. Igor wyskoczył do sklepiku spożywczego na dole, ja wolałam zostać w domu. Postanowiłam wziąć szybki prysznic i odświeżyć się. Oblałam się chłodną wodą, szybko wysuszyłam i wciągnęłam ubranie: dżinsowe szorty i luźny, żółty T-shirt. Upięłam włosy w koka tak, by uzyskać maksymalną swobodę. Nakładałam właśnie balsam na nogi, gdy zadzwonił dzwonek i zza drzwi usłyszałam głos Igora, pobiegłam otworzyć.
- Co masz?
- Kupiłem Lay's?
- Hmm, zielona cebulka?
- Oczywiście, tak jak lubisz. No i Heineken'a dla siebie. Ach, i dla Ciebie sok Fortuna. - mówiąc to, machnął mi przed oczyma butelką z pomarańczowym płynem w środku.
- Świetnie, chyba zasłużyłeś na to, bym Cię wpuściła. - mrugnęłam do niego okiem.
- No mam nadzieję. Och, przebrałaś się. Jak Ty to robisz, pięć minut mnie nie ma, a Ty wyglądasz inaczej i do tego doskonale.
- Kobiety, kobiety... - zaśmiałam się.
Resztę wieczoru spędziliśmy, oglądając mecz siatkówki. Już nie pamiętam, kto z kim grał i kto wygrał. Liczyła się obecność kogoś innego - Igora. Około dwudziestej drugiej pożegnaliśmy się. Igor ostrzegł, bym włączyła telefon. Zjawi się na każde wezwanie. Lecz tej nocy nie było już żadnych kłopotów.
OD AUTORA
Mam kolejny rozdział! Dzięki, dzięki wielkie za te pięć komentarzy do poprzedniego posta i za 400 wejść ♥. Tak, wiem, cieszę się z małych, śmiesznych rzeczy. No ale... super się czyta Wasze pozytywne komentarze ;). Postanowiłam, że kolejny post dodam, kiedy będzie... minimalnie 6 komentarzy. Czytasz to właśnie? Skomentuj!
Pozdrawiam, Wasza Mlle Madeleine ^^

sobota, 2 marca 2013

17 lipca

Choć było już grubo po godzinie jedenastej, ja nadal nie wychodziłam z sypialni. Pogoda nie była najwspanialsza, toteż ułożyłam się wygodnie na łóżku i zdawałam relacje z ostatnich dni. Zawsze pisząc pamiętnik, odpoczywałam od szarej codzienności. Tyle rzeczy wpłynęło na historię mojego życia, jeszcze w czerwcu wszystko było zupełnie inne. Zacznijmy od tego, że poznałam Igora. Miewałam w swoim życiu ulotne zauroczenia, niespełnione miłości, lecz więź, która łączy mnie z Igim to coś zupełnie innego. Gdy on jest obok mnie, czuję się bezpiecznie niczym małe dziecko czuje spokój w objęciach matki. I, co najważniejsze, ja po prostu wiem, iż on mnie kocha. Jest cztery lata starszy, ale uważam, że to pozytywna cecha. Podobno mężczyźni dojrzewają później niż kobiety. To chyba prawda, gdyż mimo tylu lat różnicy nasze charaktery są niesamowicie podobne. Bo mówią, że istnieją bratnie dusze... I ja doświadczam czegoś podobnego, Igor jak na razie to mój bliski przyjaciel. Choć oboje domyślamy się, co czuje druga strona, jest jeszcze za wcześnie na wypowiadanie pochopnych słów, mówienie kocham.
Około godziny czternastej wstałam z łóżka i przeciągając się niczym leniwy kot, poszłam do łazienki, by (jak to mówią) ogarnąć się. Związałam włosy w luźny kucyk. Wciągnęłam na siebie długą, różnokolorową spódnicę, białą podkoszulkę i kremową wiatrówkę. Do tego wsunęłam na nogi rudawe kowbojki. Szyku dopełniała wielka, czerwona torba na ramię.
Miałam właśnie wychodzić z domu, kiedy usłyszałam dźwięk charakterystyczny dla facebookowych powiadomień. Sądząc, iż to Igor, podeszłam do laptopa. Niestety, nie on, lecz niejaka Ada Borejko. Któż to w ogóle jet - przemknęło mi przez myśl. Przeczytałam wiadomość:
-Cześć, nazywam się Ada Borejko, jestem z Murzasichle. Piszę, gdyż będziemy chodzić razem do klasy, lista widnieje na stronie szkoły.:) Może spotkamy się na kawie (jeśli oczywiście jesteś w Gdyni).
-Jasne, chętnie! Nie sądziłam, że listy już się pojawiły, pasowałby Ci dzisiejszy wieczór, w pijalni czekolady Wedel na Wierzbowej?
-Idealnie, o osiemnastej?
-Okej, będę czekać, mam na sobie długą spódnicę, a w ręku czerwoną torbę.
Zakończyłam konwersację, złapałam jabłko i wyszłam z domu. Dziś był mój dzień. Moim dniem nazywam przechadzki na zakupy, wizyty u kosmetyczki i fryzjera, czytanie książek w parku. Jednym słowem - relaks.
Wybrałam się do Galerii Bałtyckiej, tam mile spędziłam czas pośród wieszaków z ubraniami i stoisk z kosmetykami. Znalazłam świetne szpilki: malinowe, z małą kokardką tuż pod kostką, za jedyne siedemdziesiąt złotych!
Jako że nie miałam ochoty na przedłużanie swojego zakupowego szaleństwa, już o godzinie siedemnastej stanęłam u drzwi kawiarni Wedel. Poprosiłam o słabą kawę i zajęłam miejsce przy stoliku. Torbę położyłam na krześle tak, by widziała ją Ada. Wyjęłam z niej książkę, ostatnią część sagi Malutka Annie i zapadłam się w lekturze.
- Ekhm, cześć, Magda? - moim oczom ukazała się dosyć wysoka blondynka z artystycznie upiętym kokiem, ślicznych dołeczkach w policzkach i naprawdę głęboką opalenizną.
- Nie sądziłam, że w górach świeci takie słońce! Nie mylisz, się - Magda. - wstałam i podałam jej rękę, po czym zachęciłam gestem, by usiadła.
- Zabawne, nawet nie wiem, od czego zacząć. Jestem, jak już mówiłam, z Murzasichle. Postanowiłam się przepisać do innej szkoły. To liceum jest podobno naprawdę świetne.
- Taa, super się składa, ja również się w tym roku przepisałam, jestem tu już około pół miesiąca. I, uwierz, jesteś tutaj drugą osobą, z którą, jak dotąd, nawiązałam jakikolwiek kontakt.
- Ja wynajmuję mieszkanie od około tygodnia, też nie znam nikogo.
W tej chwili nadszedł deser, który zamówiłyśmy - wyśmienite lody! Resztę tego wieczoru spędziłyśmy również wyśmienicie. Mamy bardzo podobne charaktery, obie kochamy buty! Czuję, że Ada może być świetną koleżanką. Już dziś umówiłyśmy się, iż razem siedzimy w ławce od września.
Gdy wracałam do domu, było już naprawdę ciemno. Wysiadłam z tramwaju, a do pokonania miałam jeszcze tylko krótką uliczkę, której, mimo wszystko, nie lubiłam. Nikt tamtędy nie chadzał, zawsze było głucho i niemiło. Pocieszyłam się faktem, iż za chwilę wejdę pod ciepły prysznic, założę luźny T-shirt i noc spędzę z kochaną poduszką!
Do domu miałam już tylko kilkaset metrów. Nagle do moich uszu dobiegł odgłos szybkich kroków, automatycznie obejrzałam się za siebie. Zobaczyłam biegnącego w moim kierunku mężczyznę, nie minęły dwie sekundy, kiedy ten złapał mnie za gardło, przycisnął do muru i zaczął krzyczeć, bym podała mu numer telefonu, inaczej może być źle! Świr czy morderca? Wydusiłam z siebie sześć cyfr, które wpadły mi do głowy, po czym mocno uderzyłam go kolanem w udo. Ten przewrócił się, a ja szybko pobiegłam przed siebie, wpadłam do klatki schodowej i dopiero wtedy uświadomiłam sobie, co się stało. Weszłam błyskawicznie do domu, trzasnęłam drzwiami, zamknęłam każdy zamek i osunęłam się bezwładnie na podłogę. Cała trzęsłam się, ręce drżały.
Napisałam do Igora sms'a o treści: Błagam Cię, przyjdź. Pojawił się kilka minut później.
- Co się stało, Madziu? - spojrzał na mnie z czułością, a ja ponownie osunęłam się na podłogę, on usiadł obok mnie.
Opowiedziałam Igiemu wszystko, zaś on wtulił swoją rękę w moje włosy i delikatnie masując, szeptał: Już wszystko w porządku, nie martw się, jesteś bezpieczna, jesteś ze mną. Ja natomiast skryłam się w jego silnych ramionach, objęłam go i powoli uspokajałam się. W gruncie rzeczy, choć czasem jestem odważna, potrafię się najzwyczajniej w świecie rozkleić... W końcu jestem tylko dziewczyną i to mężczyźni są po to, by nas - kobiety - chronić.
OD AUTORA
Kolejny rozdział, w końcu akcja nabiera tempa! Naprawdę błaaaaaaagam Was o komentarze. Chciałabym wiedzieć, co trzeba poprawić, co Wam się, moi drodzy czytelnicy, podoba.
Plus, dziś urodziny obchodzi mój ulubiony wokalista pochodzący z zespołu Coldplay - STO LAT CHRIS! :)

sobota, 16 lutego 2013

11 lipca cd.

Tak jak zapowiadałam, około szesnastej byłam w Gdyni. Na dworcu spostrzegłam mężczyznę w dżinsach, japonkach, koszulce i okularach przeciwsłonecznych. Szybko skojarzyłam, iż rano Igi tak wyglądał. Obok niego, również nie najgorzej ubrany, siedział jakiś chłopak (zapewne jego kumpel). Oboje wpatrywali się w ekran telefonu i rozmawiali śmiejąc się. W pewnej chwili Igor podniósł wzrok, powiedział coś do mężczyzny obok i podszedł do mnie.
- Czeeść!
- Hej! Co Ty tutaj robisz?
- Czekam na Ciebie, mówiłaś, że będziesz o szesnastej.
- Ale, ojejku, jesteś wspaniały!
- Hmm, a tamten chłopak, z którym jestem to, hmm... Dobry kolega. Pomyślałem, iż moglibyśmy wybrać się dziś razem na pizzę? W końcu, jak na razie, znasz tutaj tylko mnie.
- Niezły pomysł, nie, super pomysł!
- Chodź, przedstawię Was sobie.
Podeszliśmy do chłopaka. Ten wstał i, zdejmując okulary, wyszczerzył zabawnie zęby.
- To jest Daniel. - rozpoczął Igor.
- Siemka!
- Hej, miło poznać.
- A to Magdalena. - mówiąc to Igor objął mnie delikatnie w pasie.
- Wiem przecież. Tyle o niej gadasz! Cha cha cha.
- Daniel!
Wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Po drodze do domu (tym razem do mojego mieszkania) okazało się, że Daniel również jest coldplayerem. Ustaliliśmy, że razem idziemy we wrześniu na koncert.
Kiedy przekroczyliśmy próg moich drzwi, miałam chęć wskoczyć na kanapę niczym pięciolatka i urządzić sobie z niej trampolinę. Dwa dni mnie tam nie było! Zamiast spełnienia mojej fantazji, weszłam do łazienki, by przebrać się. Mężczyźni jednak nie rozumieją, iż kobieta musi zmienić strój PRZYNAJMNIEJ trzy razy w ciągu dnia... Włożyłam moją ulubioną, dżinsową sukienkę, rozpuściłam włosy i brakowało mi tylko butów. Podczas gdy Daniel wyszedł na zewnątrz, by odebrać telefon, ja poprosiłam Igora, by sięgnął z mojej szafki beżowe pudełko, w którym owe butki były. Jako że on jest wysoki i szafka była wysoko, wolałam się wyręczyć. Nałożyłam cudowne, czerwone baleriny i stanęłam przed lustrem. Wygładziłam sukienkę, poprawiłam włosy, nałożyłam balsam na usta.
- Czy Ty musisz być tak onieśmielająco piękna?
Igor stał za mną, oparty o ścianę tak, iż widziałam go tylko w lustrze. Ręce miał skrzyżowane na piersiach. Gdy tylko to powiedział, oblałam się lekkim rumieńcem i delikatnie uśmiechnęłam. Odwróciłam się w jego stronę i cicho powiedziałam: Dziękuję. On natomiast podszedł do mnie i objął w pasie obiema rękami. Spojrzałam w jego głębokie oczy, złapałam go za rękę i mocno ścisnęłam. On zaś zacytował: Twoja skóra i kości przeobrażają się w coś pięknego....
W tym momencie wszedł Daniel, romantyczny nastrój prysnął... Ale i tak było wspaniale!
Weszliśmy do pizzerii, zapach zachęcał do jedzenia. Wybraliśmy pizzę z podwójnym serem i pieczarkami, Igor i Daniel również piwo, mi wystarczył sok. Kiedy prosiłam o niego kelnera, Daniel zrobił zaskoczoną minę, Igor zaś kiwnął do niego z lekkim uśmiechem głową, tak jakby był dumny ze mnie i z tego, iż nie pije alkoholu!
Po udanej kolacji odprowadziliśmy Daniela do domu i, jako że jesteśmy sąsiadami, ruszyliśmy w tę samą stronę. Nasze ramiona niemal się stykały. Igor cały czas żartował, ja za to śmiałam się wniebogłosy. Podoba mi się w nim to, iż jest tak bardzo naturalny, odpowiedzialny, opiekuńczy... Poza tym jego głos jest genialny, kocham go słuchać...
W pewnym momencie Igi chwycił moją rękę tak, jakby to było zupełnie naturalne i zrozumiałe. Gdy zawędrowaliśmy na nasze osiedle (choć było już dosyć późno i ciemno), usiedliśmy na ławce i gawędziliśmy jak starzy znajomi. Opowiadałam mu o moim dzieciństwie, znajomych ze starej szkoły. O tym co kocham, czyli o tańcu i wnętrzach. On przejęcie relacjonował o planach na przyszłość. Czułam się wspaniale.
Kiedy tematy do rozmów wyczerpały się, Igor wstał, złapał mnie za rękę i zaprowadził na małą polankę znajdującą się nieopodal osiedla. Rozłożyliśmy się na trawie i leżąc w blasku księżyca, rozmawialiśmy o gwiazdach. Lecz nie w sposób zwykły, prosty. Okazało się, iż oboje lubimy astronomię!
OD AUTORA
Do tej pory pisałam w pewnym sensie anonimowo, teraz ujawniam się. To już mój ósmy rozdział, na razie Magdalena i Igor zapoznają się, lecz ja mam już plany na ich przyszłość :) Akcja będzie się powoli rozkręcać.
Ja również mam na imię Magdalena i niektóre rzeczy są zapożyczone z mojego życia, jednak i tak większość to fikcja. Chyba każdy autor w pewien sposób łączy się z głównym bohaterem.
Jeśli cokolwiek tutaj przeczytałeś, proszę o komentarz, również jakiekolwiek uwagi. Staram się pisać czysto, zrozumiale, chciałabym rozkręcić bloga. Dodawajcie mnie do obserwowanych! :)
Pozdrawiam,
Mlle Madeleine

11 lipca

Podniosłam głowę, półprzytomnym wzrokiem oceniłam wnętrze i stwierdziłam, iż to nie moje mieszkanie. Byłam jednak na tyle rozespana, że rzuciłam głowę na poduszkę ponownie i naciągnęłam na siebie koc. Momencik. To nie jest MOJE mieszkanie! Wyskoczyłam z łóżka niczym oparzona i w tej chwili krew zaczęła mi napływać do mózgu. Byłam u Igora, błyskawicznie spojrzałam na zegarek, piąta dwadzieścia pięć. Odetchnęłam z ulgą...
W tym momencie wpadł do sypialni Igor.
- Wszystko okej? Myślałem, że coś się stało, huk mnie obudził...
- Yhm, okej, to znaczy, miałam szybką pobudkę. - roześmiałam się, a on odwzajemnił to uśmiechem.
- Więc wstałaś dopiero? Bo ja, widzisz, właśnie teraz.
- Zasadniczo, tak. Ale zdążę na autobus. Na pewno.
- Przepraszam Cię strasznie, ale nie dam rady zawieźć Cię do rodziców. Mam trochę zajęcia, wiesz, od września będę również pracował -
jeśli mnie przyjmą. Muszę się przygotować do rozmowy kwalifikacyjnej...
- Och, cóż to za praca?
- Nie będę na razie wspominać. A co jeśli jej nie dostanę, wstydu sobie przed Tobą narobię! Cha cha cha.
- Ach, co do moich rodziców. Nie miej wyrzutów sumienia, nawet nie pomyślałam, iż miałabym wykorzystywać tak uroczego chłopca. -
zaśmiałam się. - A teraz wybacz, lecz muszę się ubrać. - na pożegnanie potargałam jego czuprynkę, istną burzę czarnych, długich pasem.
Umyta, ubrana i wyczesana weszłam do kuchni, Igor układał swoją fryzurę przy lustrze. Słysząc moje kroki, gwałtownie oderwał wzrok od lustra i przeniósł go na mnie.
- No no no, wyglądasz olśniewająco!
- Och, daj spokój! Nie można wyglądać olśniewająco bez makijażu, w ubraniu, które nosisz trzeci dzień z rzędu i w dodatku o szóstej
rano! - celnie zripostowałam.
- Uwierz, kobiety bez mężczyzn zginęłyby, naprawdę trzeba je dowartościowywać?
Tak droczyliśmy się przez kolejne kilka minut. A później (tradycyjnie już) zjadłam śniadanie przygotowane przez Igora. Po pozmywaniu naczyń oboje założyliśmy buty i wybraliśmy się do samochodu.
- Mhmm, będę około szesnastej, myślę, że dziś to Ty dasz się zaprosić na obiad, hmm?
- Pomyślę, jesteśmy w kontakcie, masz mój numer. Napisz jak dojedziesz, w porządku?
- Och, dokładnie jak moja mama! Napisz jak dojedziesz, powiedz, jak będziesz na miejscu, cha cha.
Pożegnaliśmy się, po czym wsiadłam do autobusu i... żegnaj Bałtyku, przynajmniej na kilka godzin.
Po udanej podróży, którą praktycznie przespałam ze słuchawkami w uszach i moim ukochanym Coldplay, wyskoczyłam z autobusu rześka i radosna. Rozejrzałam się: po lewej stronie stacji mały sklepik U Róży, naprzeciwko dawna szkoła. Ruszyłam w kierunku mojego domu. Miałam nadzieję, iż rodzice, tak jak obiecali, będą już na miejscu. Otworzyłam furtkę i moim oczom ukazała się Majka - nasz piesek, lub raczej ważący sześćdziesiąt kilogramów kolos! Mimo to, lubię ją - jest przeurocza, a poza tym (jak na psa) bardzo mądra. Przeszłam przez ogród i stanęłam w progu, zapukałam. Drzwi otworzyła mama.
- Madziuś?! Co Ty tutaj robisz kochanie?
Ja bez słowa weszłam do domu. Powstrzymując śmiech, podeszłam do półki w przedpokoju, sięgnęłam po klucze i wybuchając już pomachałam nimi mamie przed twarzą. Jej mina była bezcenna.
- Ale... Jak to? To są Twoje klucze! Gdzie Ty byłaś przez te dwa dni? Ojejku!
- Spokojnie, już Ci wszystko tłumaczę. Włączyliście z tatą telefony?
- No... Jeszcze nie, dopiero przyjechaliśmy. - w tym momencie mama rzuciła okiem na torby podróżne.
- A było tak, że ja spokojnie wsiadłam do autobusu, Wy z tatą natomiast do samochodu. Już przed drzwiami do mieszkania zorientowałam się,
że nie mam kluczy. Wy nie odbieraliście telefonów... Na szczęście Igor, ten chłopak o którym Ci opowiadałam...
- On Ci pomógł?
- No tak, jedną noc spędziłam w hotelu, drugą u niego.
- U niego?
- Spokojnie, on spał na kanapie, cha cha cha.
- Ale Ty go prawie nie znasz...
- Uwierz mamo, że może to absurd, ale teraz już go znam. Naprawdę dobrze znam... - mrugnęłam tu porozumiewawczo okiem. - I wiesz co? On
studiuje planowanie przestrzenne na Politechnice Gdańskiej!
- Już go lubię! Politechnika Gdańska jest na dwudziestym piątym miejscu w rankingu najlepszych szkół! A ile ma lat?
- Och... Musiałaś spytać? Dwadzieścia... jeden? - odpowiedziałam niepewnie.
- No cóż...
- A Zosia? Twoja druga córka? Przecież Paweł ma dwadzieścia dziewięć lat, a ona dwadzieścia cztery... A poza tym Igi, to znaczy Igor, to
tylko znajomy...
- Jasne, jasne, znajomy Igi, hmm? - mama zaczęła się śmiać.
- Och, mamo!
- Chodź lepiej do kuchni, zjesz coś?
- Nie, dzięki. Zjadłam u Igora, nawet nie masz pojęcia, jak on świetnie gotuje!
- Hmm, dobry taki mężczyzna!
W tym momencie do rozmowy dołączył tata. Opowiedziałam mu ponownie całą historię. Z wyjątkiem tego, iż Igor ma dwadzieścia jeden lat. Nie wykręciłam się też od ponownego śniadania, mama zrobiła wyśmienitą jajecznicę na boczku, nasz przysmak. Przed południem pomogłam jej przy pracy w ogrodzie, następnie (kiedyś była to tradycja) oglądałam z tatą Watts zajadając się Katarzynkami. Około trzynastej podniosłam się z kanapy i zawędrowałam do mojego pokoju. Wzięłam prysznic, pożyczyłam od mamy kosmetyczkę by doprowadzić się do porządku i, co najważniejsze, zmieniłam ubrania. W wygodnych szortach i luźnej, białej koszulce wyglądałam nie najgorzej. W maju nieźle opaliłam nogi, toteż teraz mogłam zakładać, co tylko chciałam. Znalazłam kilka gumek i, jako że było gorąco, wyczarowałam z włosów koka francuskiego. Było już późno więc zeszłam na dół i pożegnałam się z rodzicami. Sprawdziłam, czy mam w torbie klucze i wyruszyłam na autobus.

wtorek, 29 stycznia 2013

10 lipca

Obudziłam się tego dnia wyjątkowo wcześnie. Nie mogłam spać, emocje szarpały mną na wszystkie strony, pamięcią cały czas powracałam do momentu, w którym poczułam się, jak księżniczka, która właśnie odnalazła swojego księcia. Wzięłam długą, odprężającą kąpiel, po czym, owinięta hotelowym ręcznikiem, z mokrymi włosami, bez makijażu, usiadłam na łóżku i rozłożyłam przed sobą jedyne ubrania, jakie posiadałam. Przypatrywałam się każdemu centymetrowi, gładziłam flanelę i dżins, wtulałam w nie twarz. Ach właśnie, były to moje jedyne aktualnie ubrania, gdyż sukienkę zostawiłam u Igora...
Grubo po godzinie dziewiątej, kiedy uliczki nie były jeszcze zbytnio zatłoczone, wybrałam się do mojego wyżej wspomnianego księcia z nadzieją, że już nie śpi. Weszłam na trzecie piętro, zapukałam i słysząc dźwięki dochodzące z mieszkania, czekałam. Igor wyjrzał po około dwóch minutach.
- Cześć, wpadłam tylko po moją sukienkę, bo wiesz, głupio chodzić po mieście w takich ubraniach. To znaczy, masz świetny gust, no ale... Jestem dziewczyną przecież.
Ojejku, i mam nadzieję, że Cię nie obudziłam, jest, hmm... Wcześnie...
- Śmiało, wchodź, nie śpię już od szóstej, nie mogłem jakoś, ale, mniejsza z tym. Jadłaś coś?
- Ymm, to znaczy - nie, ale skoczę dziś na miasto, nie chcę być ciężarem.
- Nie ma mowy. - zatrzasnął drzwi. - Zostajesz u mnie.
- Och, bo zgłoszę porwanie panie Igorze! - zażartowałam.
- Igi, mów mi Igi. - poprawił mnie uroczo. - A teraz skocz na górę, sukienka jest tam, gdzie była. Ja zajmę się śniadaniem.
Weszłam do sypialni. Na łóżku leżał pewien notatnik, coś w stylu pamiętnika, obok długopis. Wiem, iż nie powinnam, lecz zerknęłam. Spojrzałam na datę wpisu: dziesiąty lipca dwa tysiące dwunastego roku, godzina czwarta zero osiem - świeżynka! A oto treść: Nie mogę spać, więc piszę - coś z pożytkiem. Magdalena ma siedemnaście lat. Pasjonuje się tańcem, rysunkiem i muzyką (choć nie znosi śpiewać). Lubi bawić się wnętrzami i modą. Tak, to ona - ciemnowłosa niebieskooka. Ma tylko siedemnaście lat, a wydaje się taka dorosła, jest zagadką, zagadką, w której oczach mógłbym tonąć. Podobno nawet facet czasem staje się wrażliwy jak dziecko. Chyba też tak mam, kiedy ona jest przy mnie. To dziwne, ale ja od wczoraj czuję się za nią odpowiedzialny.
Szybko wkradłam się do łazienki, aby nikt nie nakrył mnie na tym, co zrobiłam. Naprawdę wstrząsnęły mną te słowa. On czuje się za mnie odpowiedzialny! Tak napisał! Fakt, byłam kiedyś obiektem wzdychań wielu, ale jestem pewna, że nikt nie poczuł, iż jest za mnie odpowiedzialny. I jestem pewna, że nigdy i ja nie czułam się tak, jak teraz.
Wciągnęłam na siebie sukienkę, po czym złożyłam stare ubrania i zeszłam na dół.
- Hej! - przywitałam się ponownie - Dzięki za ubrania i w ogóle... Za wszystko. - każde słowo wypowiadałam coraz śmielej, ta odpowiedzialność dała mi przecież przed chwilą tyle pewności siebie.
- Nie ma sprawy. Tak więc, dziś na śniadanie proponujemy puszysty omlet z serem i szpinakiem, zaś na deser lody prosto z ulicy Świętojańskiej, najlepsze w Gdyni! -
Igor zachęcał do śniadania niczym najprawdziwszy kelner wyrwany z restauracji Magdy Gessler. - Lecz dziś pani siada przy tym oto stoliku, a ja zabieram się za pracę,
i bez wymówek!
- Ależ, proszę pana!
Igi odsunął krzesło, po czym wzrokiem rozkazał, bym siadła. Później troszkę pogawędziliśmy, głównie o moim życiu lub raczej przeżyciu do jutrzejszego dnia, kiedy to wrócą rodzice. I choć przekonywałam, szukałam argumentów, on uparł się, iż nie będę płacić za hotel, kiedy mogę spać u niego. Można się dziwić. A co jeśli jest złodziejem, mordercą? Ja mu zaufałam, człowiek przecież nie pisze w swoim prywatnym pamiętniku o odpowiedzialności za dziewczynę, którą chciałby zabić.
A omlet? Był wyśmienity! Jakże bym chciała, by mój mąż był zapalonym kucharzem... Dostawałabym codziennie śniadanie do łóżka i najlepsze łakocie na desery... Choć ja również nie jestem leniwa. Nie chcę się chwalić, ale wiele osób naprawdę kocha moją pizzę!
Około jedenastej nad ranem wyszliśmy na krótki spacer, a gdy w południe słońce przygrzewało już bardzo mocno, tak jak obiecał Igor, schowaliśmy się w cieniu parasola malutkiej lodziarni. Lody były tym, czego potrzebowałam. I choć nie najlepsze na świecie (najsmaczniejsze sprzedawane są w cukierni, którą, będąc małą, odwiedzałam z rodzicami - tę prawdę jednak zachowałam dla siebie), doborowe towarzystwo znacznie wzbogacało tę chwilę. Bawiłam się jak nastolatka. Fakt, jestem nastolatką, ale dosyć poważną jak na swój wiek, poza tym mój towarzysz jest już raczej mężczyzną, nie chłoptasiem. No dobrze, bawiłam się jak dziecko. Oboje byliśmy bardziej rozmowni, choć magię minionego wieczoru każdy miał w pamięci. I naprawdę cudownie było spędzać czas z człowiekiem, który ma z tobą tak wiele wspólnego, a poza tym jest zniewalająco przystojny (szczególnie w białych spodenkach i luźnej koszulce odsłaniającej górną część torsu)
Zamówiliśmy nasze smakołyki i odeszliśmy do stolika. Igor szarmancko odsunął moje krzesło, po czym, odchodząc do swojego, musnął mnie dłonią po szyi. I teraz czuję, iż to było zamierzone. Lecz wtedy po plecach przeszły mi ciarki, a policzki oblały się rumieńcem, który musiałam sprytnie maskować.
- Lubisz sorbety? - spytał Igi.
- Mhm. - odpowiedziałam tylko, gdyż usta topiłam w gigantycznej, różowej gałce lodów.
Igi spojrzał na mnie poważnie, po czym oboje w tej samej chwili wybuchnęliśmy głośnym śmiechem.
- Lubię kobiety lubiące sorbety.
- Fajnie wiedzieć, lubię mężczyzn lubiących dziewczyny lubiące sorbety. - w tym momencie spojrzałam na niego z miną triumfatora.
- W porządku, wygrałaś kochana!
- Ma się to coś... A tak w ogóle Igor, to znaczy Igi, to ja chyba powinnam już iść. Ty masz swoje życie, swoje sprawy, swoje...
- Właśnie zaczęły się wakacje. Fakt, będę pracował, lecz dopiero od września. Dziś jestem do Twojej dyspozycji.
- Ech, masz mnie na głowie już od wczoraj...
- Uwierz, dotrzymywanie Ci towarzystwa to sama przyjemność!
- Och, to strasznie miłe. A propos bycia miłym, mogę wiedzieć, czemu tak naprawdę zawitałeś do mojego mieszkania, no wiesz... Kiedy się poznaliśmy?
- Lubię ratować damy z opresji.
- Ależ ja tylko robiłam porządki!
- O piątej nad ranem?
- Yhm, czemu nie?
Aż trudno uwierzyć, lecz do domu wróciliśmy dopiero o godzinie dwudziestej! Ostatnie dwa dni (pomimo fatalnej wpadki z kluczami) to jedne z najwspanialszych dni w moim życiu.
Igor otworzył okna, by wpuścić do wnętrza trochę chłodnego powietrza. Ja natomiast urządziłam sobie krótki spacer po poddaszu, któremu tak naprawdę nie zdążyłam się przyjrzeć. Wczorajszy dzień był tak zakręcony. A te kilka metrów kwadratowych zasługuje na dużą uwagę, jest bardzo fascynujące. Wchodząc na schody od razu czuje się ten tajemniczy, wilgotny zapach. Nie umiem go dokładniej określić, lecz jest nieziemski. Po lewej duża futryna, a za nią sypialnia utrzymana również w ciemnych, zagadkowych kolorach. Wszystko oczywiście urządzone w dobrym guście: mały, okrągły, brązowy dywan i duża, wysoka lampa. Na szafce obok łóżka laptop, na nim notatnik (tym razem zamknięty), stosy książek (raczej lektura ambitna), zaś w kącie sztaluga, obok średniej wielkości brązowe drzwi prowadzące do łazienki, na szczęście małej, lecz jasnej: prysznic oraz ściana wyłożona lustrami, w rogu dwa duże ciężarki.
- Okej, więc proponuję Ci moje łóżko, na górze w sypialni. Ja będę spał na kanapie, o tutaj.
- Daj spokój, to ja mogę tu...
- Żadnego Daj spokój! Zmykaj Madziu na górę. O kurczę, jeszcze piżamy. Zasadniczo nie praktykuję spania w piżamach, toteż ich nie posiadam, ale myślę że
ten T-shirt będzie idealny, i ewentualnie te spodenki. Chyba nie znajdę nic lepszego, wybacz...
- Jest okej, jest okej! Pozwolisz tylko, że wezmę prysznic.
- Jasne, rozgość się.
- Dzięki wielkie.
Cudownie było odświeżyć się w końcu, musiałam jednak przeboleć brak dostępu do kosmetyków i własnej ukochanej piżamy. Choć ten T-shirt (z nadrukiem Coldplay! był genialny). Nie wspominając już o tym magicznym zapachu, którego musiałam, po prostu musiałam skosztować...
Zeszłam na dół, by powiedzieć Dobranoc. Igi czytał gazety, więc dosiadłam się.
- Dziękuję jeszcze raz za wszystko. - mówiłam to naprawdę szczerze.
- Nie ma sprawy.
W tym momencie objął mnie ręką i przysunął do siebie, drugą natomiast dłonią ujął moją brodę i skierował ją w swoją stronę.
- Wybacz, lecz muszę jeszcze nasycić się widokiem Twoich oczu. - mówił powoli, cicho. - Jesteś naprawdę urocza, w szczególności, kiedy te kosmyki opadają Ci na czoło.
Odgarnął mi włosy z twarzy, po czym delikatnym gestem założył je za ucho. Robił to nie odrywając wzroku od mojej twarzy, a mnie przeszywał dreszcz.
- A cóż, jeśli powiem, że te dwa dni spędzone z Tobą należą do najlepszych w moim życiu?
Igor uśmiechnął się tylko, co zapewne miało oznaczać Dziękuję.
- Jest już późno, idź spać, musisz być wypoczęta, zawiozę Cię o szóstej na stację.
- Dobranoc Igi.
Wtuliłam się w pościel przesyconą zapachem Igora i długo rozmyślałam, chociażby nad tym, co powiem rodzicom... Nie mogłam zasnąć aż do pierwszej nad ranem, a kiedy w końcu udało mi się, budziłam się co około godzinę. Około trzeciej nad ranem otworzyłam oczy. Panował półmrok. a o futrynę oparta była sylwetka mężczyzny - patrzył z czułością, w lewej ręce trzymał kubek (zapewne z kawą). Nie zauważył jednak, iż się przebudziłam.

9 lipca cd.

Przekroczyłam próg i od razu poczułam intensywny zapach konwalii. Kocham konwalie! Rzuciłam okiem na wspaniały, przestronny, a zarazem przytulny salon. Ciemne, mahoniowe drewno doskonale komponowało się z jasną skórą na kanapie. Wysokie okna wpuszczały gigantyczne masy promieni słonecznych. Połączeniem z kuchnią była szeroka futryna, zaś za nią jasne meble, mały stolik plus trzy krzesełka i duża kanapa, a obok niej stojak na gazety. Podeszłam do małej szafki w kącie, schyliłam się i zaczęłam przeglądać wszystkie płyty, które tam były. Igor szedł za mną, czułam jego wzrok na swoim karku.
Taka była moja reakcja na mieszkanie mężczyzny. Po dwudziestej wróciliśmy do domu, oczywiście nie mojego. Nieźle się bawiliśmy na wybrzeżu. Woda była gorąca, toteż oboje pluskaliśmy się w niej niczym dzieci. Jako że moja sukienka służyła mi za kostium kąpielowy, byłam zmuszona poprosić Igora o cokolwiek, w co mogłabym się ubrać.
- Cokolwiek? A może być dywanik z przedpokoju? - żartował.
- Wolałabym coś... och, nie drocz się ze mną! - zrobiłam obrażoną minę, a rozmazany tusz spływał mi z rzęs.
- Wyglądasz uroczo, to znaczy... Och, już idę po coś do przebrania.
Uśmiechnęłam się. Pierwszą część zdania powiedział jakby do siebie, choć ja i tak ją usłyszałam. Po tym wbiegł na schody szybkim krokiem i zniknął na poddaszu. Poszłam za nim, powoli, po cichu. Delikatnie uchyliłam drzwi, nie zauważył mnie. Kucał przed komodą i przeszukiwał jej otchłań. Ja zaś przyglądałam mu się z ciekawością, miał szerokie plecy i duże bicepsy. Dłonie natomiast były tak bardzo męskie i silne. Na szyję - długa i pociągłą - opadały kosmyki ciemnych, lekko kręconych włosów. Rozejrzałam się dookoła - była to zapewne jego sypialnia. Świadczyło o tym duże łóżko z narzutą w kolorze bordo. Na ścianie wielka grafika, jak się później okazało, autorstwa Igora.
W pewnym momencie chłopak obrócił głowę, chciał już wstawać. Zamiast tego krzyknął głośno.
- Jestem aż tak straszna? - spytałam rozbawiona.
- Skądże. - odparł podając mi stosik ubrań.
- Dzięki...
- Udało mi się znaleźć tylko to. Koszula jest z czasów, gdy... nie chodziłem na siłownię. To znaczy, wiesz, byłem trochę mniejszy. No a dżinsy - też moje. - mówił nieco speszony gładząc jednocześnie kark dłonią.
- Nie ma sprawy, mi pasuje wszystko - mówiłam rozpromieniona.
- Okej, tu jest łazienka, możesz się przebrać, sukienkę połóż na grzejnik, powinna wyschnąć. Ja też wskoczę w coś suchego.
Weszłam do łazienki, zdjęłam sukienkę i wciągnęłam spodnie, pogładziłam przetarcie na prawym kolanie i sięgnęłam po flanelową koszulę w kratę. Wtopiłam nos w materiał i zamarłam. Nie był to zapach perfum, lecz... zapach Igora. Śmieszne? Niektórzy lubują się w zapachu spalin, inni wąchają książki. Ja wyczuwam ludzi, każdy ma swój naturalny, często piękny zapach (tak jak w tym przypadku). Podwinęłam rękawy i zapięłam guziki. Przeczesałam palcami włosy, które przez słoną wodę bardzo się pofalowały. Wyjęłam z torby chusteczkę higieniczną i podjęłam się próby ratowania makijażu. Gotowa wyszłam z łazienki, a że była ona połączona bezpośrednio z sypialnią, natrafiłam na Igora, prosto mówiąc, bez koszulki i aż przygryzłam wargi, by nie krzyknąć nic w stylu: Hej! Masz klatę jak ratownik na plaży w Miami! Powstrzymałam się. On za to, speszony, wciągnął szybko pierwszą rzecz, którą znalazł w swojej szufladzie, po czym spojrzał na mnie z uznaniem i podniósł brew.
- Idziemy do kuchni, pewnie jesteś głodna. - klasnął i zatarł ręce.
Wzruszyłam ramionami, co miało oznaczać tylko grzeczne 'tak'. Moje intencje zostały dobrze odczytane. Zeszliśmy na dół. Podczas gdy Igor szukał składników na kolację, ja zajmowałam się muzyką. Wybrałam płytę A rush of blood to the head, którą - nawiasem mówiąc - uwielbiam. Wsunęłam ją do odtwarzacza i wyszukałam kawałek Green eyes. Podeszłam do blatu, na którym mężczyzna siekał suszoną żurawinę.
- Co robimy? - spytałam.
- Jadłaś kiedyś pancakesy? - spojrzał wzrokiem mówiącym: 'Proszę, powiedz, że nie jadłaś'.
- Niestety nie, tylko polskie naleśniki. - mrugnęłam do niego okiem - Ale z chęcią pomogę i nawet nie próbuj odmawiać, choć tak, to Ty tu jesteś mistrzem deserów.
- Okej, w szafce nad moją głową jest mąka, odmierz jedną szklankę.
Wykonałam posłusznie to, co kazał szef kuchni. Zgarnęłam trochę rozsypanej mąki i zalotnym głosikiem poprosiłam Igora, by spojrzał, czy jest w porządku. Kiedy już otwierał usta, dmuchnęłam mu ów białym proszkiem, który trzymałam potajemnie w garści, w twarz. Miał tak słodko oprószone rzęsy. Ten w odwecie umazał mi policzek świeżo ubitą śmietaną. Szturchnęłam go tylko w ramię, on zaś podszedł do mnie, musnął mnie swą silną dłonią po policzku i zmazał śmietankę. Poczułam jego dłoń na swojej łopatce i ponownie dopadł mnie ten cudowny zapach... Staliśmy w bezruchu kilkanaście sekund, patrząc sobie w oczy.
- Okej, to co mam dodać jeszcze? Mąka już jest. - powiedziałam drżącym głosem, gdyż tylko na tyle było mnie stać.
- Ach, jasne, to teraz, ymm... Mleko!
Mogę potwierdzić słowa Igora, iż kocha gotować. Jest naprawdę mistrzem deserów. Pancakesy z bitą śmietaną były przepyszne.
Po kolacji wspólnie pozmywaliśmy naczynia. Kiedy ja załatwiałam sobie noc w hotelu (nie chciałam być ciężarem dla chłopaka), on wybierał muzykę. Po skończonej rozmowie telefonicznej weszłam do salonu. Tam, na kanapie, czekał na mnie Igor. Usiadłam naprzeciwko niego, podciągnęłam kolana pod brodę i objęłam je rękoma. Było ciemno, nastrojowo. Jedyne źródło światła stanowiła mała świeczka o zapachu bzu.
- Zimno Ci? - spytał zaniepokojony chłopak. - Przyniosę koc...
- Ach, byłoby miło...
Minutę później Igor wpadł do salonu z kocem pod pachą. Okrył mnie, po czym sam usiadł obok, naprawdę blisko. Serce zaczęło bić o wiele szybciej. Powiedzmy wprost: zakochałam się w nim!
Są takie momenty, w których człowiek nie potrzebuje rozmowy, pragnie tylko, by był obok niego drugi człowiek. I cisza między nimi to właśnie rozmowa, rozmowa serc. Teraz była taka chwila. Mężczyzna wysunął dłoń spod koca i delikatnie, opuszkami palców, gładził moją rękę. Przełknęłam ślinę. Ścisnęłam jego rękę, bardzo mocno. Przysunęłam się jeszcze bliżej, po czym oparłam głowę na jego ramieniu. On zaś, drugą ręką, delikatnie przycisnął mnie do własnej piersi. I nie mówiliśmy absolutnie nic. Czułam się tak błogo, cudownie, bezpiecznie. W pewnym momencie Igor wyszeptał moje imię. Miał tak bardzo męski, stonowany głos.
- Madziu...
- Hmm?
- Dobrze, że... jesteś.
Po tym krótkim dialogu pocałował mnie w czoło, ja zaś zamknęłam oczy i kolejne pół godziny spędziłam nie ruszając się, nic nie mówiąc.
Około godziny dwudziestej trzeciej Igor odwiózł mnie do hotelu, w którym miałam spędzić noc. Na pożegnanie objęliśmy się, co znacznie mnie rozbudziło. Nie mogłam zasnąć aż do drugiej nad ranem. Myślałam, analizowałam, kochałam...

wtorek, 25 grudnia 2012

9 lipca

"Dziewiąty lipca. Siedzę przed drzwiami do swojego mieszkania bez kluczy i bez pieniędzy. Smutne, zabawne?" - cytat z mojego pamiętnika.
Byłam na jeden dzień u rodziców. Wkładając buty, rzuciłam wyżej wymienione klucze na półkę, o której mało kto pamięta, a w natłoku pożegnań i ja o nich zapomniałam. Po udanej podróży, siedząc na wycieraczce przed mieszkaniem mogłam już tylko rozmyślać o tym, że rodzice nie odbiorą moich telefonów, wyjechali na kilka dni w góry. Aby odpoczywać pełną parą, wyłączyli komórki...
To lipcowe popołudnie genialnie się nie zapowiadało, była godzina szesnasta, a ja kompletnie nie miałam pomysłu, co zrobić z moim fantem. Z nudów zaczęłam przeszukiwać wnętrze torby i kieszenie płaszcza w kratę. Nic szczególnego: dwie pomadki, waniliowy krem do rąk, chusteczki higieniczne i pamiętnik. Znalazłam jeszcze jedną rzecz - zieloną karteczkę z pewnym ciągiem cyfr i podpisem: TROSKLIWY SĄSIAD. To zabawne, lecz miałam w pamięci tamto spotkanie (a były to raczej dobre wspomnienia). Po dwudziestu ośmiu minutach rozmyślań (tak, liczyłam) postanowiłam zadzwonić pod tenże numer.
- Halo? - usłyszałam znajomy głos w słuchawce.
- Dzień dobry, z tej strony cierpiąca na bezsenność... koldplejerka?
- O! Witam! - odparł zaskoczony mężczyzna śmiejąc się.
- Ja... Chyba muszę poprosić, aby wpadł pan na chwilkę do mojego mieszkania. Mam, tak jakby, mały problem...
Ostatnie zdanie wypowiedziałam z uśmiechem na ustach, w gruncie rzeczy sytuacja była dosyć zabawna.
Mój przyszły wybawiciel zjawił się w mgnieniu oka, jak zwykle czarujący. Miał na sobie (jak poprzednio) krótkie szorty, bluzę i adidasy z rozwiązanymi sznurówkami. Zapewne spieszył się.
- Wszystko okej? - spytał.
- Jasne, to znaczy ze mną okej, z moim mieszkaniem nie bardzo. Ale... Magdalena, miło mi. - mówiąc to, wyciągnęłam dłoń i dodałam delikatnie dygając - Dla przyjaciół Madzia.
- Igor, dla przyjaciół Igi - tutaj mrugnął wymownie okiem, ach, pięknym, brązowym okiem...
- Tak więc, niedawno tu zamieszkałam i nie znam praktycznie nikogo, byłam dziś u rodziców i... - i tutaj rozwinęłam swą dramatyczną opowieść o kluczach do drzwi.
Po szczegółowym przedstawieniu sytuacji spojrzałam na Igora z nadzieją, iż powie coś w stylu: "Świetnie się składa! Mam drugą parę kluczy, mogę Ci pożyczyć". Tego od chłopaka nie usłyszałam, usłyszałam coś jeszcze bardziej w tej chwili groteskowego, a mianowicie:
- Chodźmy na spacer, piękna lipcowa pogoda! - krzyknął, złapał mnie za rękę i zaczął zbiegać po schodach. Zdążyłam go zatrzymać dopiero przed blokiem. Silny jest!
- Ale o czym Ty mówisz? Ja nie mam gdzie spać!
- Okej. Wiem, możesz się bać, właśnie mnie poznałaś. Ale proszę o jedno, zaufaj mi. Skoro nie masz się gdzie podziać, ja mogę Cię na dzisiejszą noc zaprosić do siebie, jutro będziemy się martwić. Co Ty na to? No, lub jeśli boisz się, że mam wobec Ciebie niecne zamiary, poszukamy hotelu...
- Pomyślę, chodźmy już na ten spacer! - postanowiłam rozpromieniona.
Wpadliśmy na chwilę do domu (oczywiście nie mojego), zwinęliśmy koc i trochę kanapek, po czym pognaliśmy nad wybrzeże. Tam rozłożeni na piasku z nogami mokrymi od słonej wody "poznawaliśmy się" poprzez długą rozmowę.
- Więc... Cóż chcesz wiedzieć o swoim wybawicielu? Mam dwadzieścia lat, studiuję planowanie przestrzenne na Politechnice Gdańskiej. Mniej formalnie to po
prostu kocham matmę i fizykę, i, to chyba dosyć istotne, jestem fanem Coldplay.
- Człowieku, jesteś genialny! Ja uwielbiam matmę i fizykę! Choć na razie nie studiuję, mam siedemnaście lat.
- Serio? Siedemnaście?!
- Taa, wybieram się do drugiej klasy liceum, no i, jak widzisz, jestem tutaj od kilku dni. Kocham wnętrza, wiesz? Tydzień temu, kiedy do mnie, tak jakby, wpadłeś,
robiłam wielkie porządki, co w sumie uwielbiam. Sam wiesz: paprotka tu, obrazek tam...
- Ja uwielbiam gotować, godziny mógłbym spędzać w kuchni! A moją specjalnością są wszelkiego rodzaju desery.
- Podobno mężczyzna, który kocha gotować to mężczyzna idealny.
- Idealny to nie jestem, nie znoszę sprzątać, che, che.
- Ach, a co do Coldplay, genialnie jest mieć w pobliżu kogoś z podobnym gustem muzycznym. W mojej poprzedniej szkole mało było tak zagorzałych zwolenników jak ja...
Co lubisz najbardziej?
- Hmm... Shiver, Strawberry swing, Lovers in Japan?
- Ja kocham Life in technicolor ii, Yellow. Ach, wszystko!
- Dokładnie...